Strona główna Felieton na dziś Klimaty z PRL Wczasy w PRL _nostalgiczne wspomnienia Johanki

Wczasy w PRL _nostalgiczne wspomnienia Johanki

0
306
17a

Wstęp 

CHOINKA8

Nie chodzi mi o gloryfikowanie tego okresu, bo jak mawiał klasyk – PRL ma „plusy dodatnie i plusy ujemne”. Przez pryzmat czasu, zacierają się złe wspomnienia, a dobre zostają, mało tego – urastają do tego stopnia, że  rozrzewnienie i tęsknota dominują w naszym umyśle, tak jest w moim przypadku.

Wczasy w PRL

Byłam bardzo chorowitym dzieckiem, lekarz pediatra zalecał częste pobyty nad morzem. Nasza huta im. gen. K. Świerczewskiego w Zawadzkiem miała ośrodek zakładowy w Dźwirzynie. Obecnie jest w rękach prywatnych i nazywa się Rybitwa.

Nie można było jechać na wczasy co roku, bo było mało miejsc, a dużo chętnych na letni wypoczynek, jednakże wyjątkiem był ostatni turnus, od 15 -30 września. Jak się zapewne domyślacie, tłumów wówczas nie było. Było zimno, ale niekiedy były słoneczne dni.

Za to nie było „dzikich” tłumów na plaży, mało chętnych z huty, co umożliwiało nam coroczne wyjazdy, dodatkowo nie chodziłam jeszcze do szkoły, więc wyjazd nie kolidował z obowiązkami szkolnymi.

Na tym turnusie towarzyszyli nam emeryci z huty.  Jechało się autokarem bez klimy albo pociągiem.

Miłe spotkania z Puszkiem – pieskiem pana rybaka z Dźwirzyna

Mieliśmy znajomego rybaka, który nam dostarczał ryby. Pozwolił mi wejść wielokrotnie na swój kuter i głaskać swojego pieska, Puszka.

Wiecie, teraz to atrakcją jest DisneyLand, a to wydarzenie i możliwość przebywania na śmierdzącym sakramencko rybami kutrze było wtedy dla mnie porównywalne emocjonalnie właśnie do egzotycznej wycieczki.

Rzucanie chleba „zagłodzonym mewom”

149

Uwielbiałam, ubrana w zimową (tak!) kurtkę , stać na sztormowej wrześniowej plaży i rzucać mewom chlebek. Prosiłam o niego na stołówce zakładowej ośrodka wczasowego, a panie kucharki mi go dawały, zresztą chleb zostawał po śniadaniu. Będę to wspominała do końca życia, to bardzo silne wspomnienie z dzieciństwa.

Wyżywienie  poza menu z ośrodka wczasowego Huty

Mój tata potrafił sprawiać ryby i kupowaliśmy za grosze i potem sami na balkonie zakładowego pokoju wczasowego smażyliśmy to na kuchence, takiej turystycznej na nóżkach. Na czasy brało sią dużą „flachę” oleju i patelnię. Wtedy wszystko było na kartki. Nie było za dużo sklepów w Dźwirzynie. Dzisiaj jest ich kilka.

Smaku turbota i flądry zakupionego prosto z kutra nie zapomnę. Jadłam też węgorza wędzonego oraz rybę bellonę, która miała zielone ości!

Wycieczki do Kołobrzegu

Wszystko było inne, takie swojskie, nieraz jeździliśmy do niedalekiego Kołobrzegu, oczywiście autobusem miejskim, bo nie mieliśmy auta.

W Kołobrzegu było Muzeum Oręża Polskiego, które bardzo mi się podobało.

Byłam też na molo, a potem w kołobrzeskiej katedrze.  Z tym wiąże się ciekawe wspomnienie, bo wejść  na wieżę katedralną , widokową  – na górę po krętych schodach weszłam, ale na dół za Chiny Ludowe nie chciałam wejść w ciemną dziurę , tata musiał mnie znieść, a miałam wtedy 6 lat i nie było to proste.

Podsumowanie

Życie było w PRL proste,  nikt nic nie miał, nikt się niczym nie wyróżniał. Ale biedy nie było, tata dorabiał do pensji z huty między innymi robiąc płoty, bo wtedy w latach 70 tych był boom, za Gierka na budowanie domów, słynnych „kostek” i każdy pragnął mieć indywidualny płot wokół posesji.

Bardzo emocjonalnie wspominam tamte czasy, bo byłam dzieckiem, a moje życie nie było obarczone trudami codzienności.

Mam nadzieję że podobał się Wam mój felieton.

Johanka

Wszystkie zdjęcia z archiwum rodzinnego Johanki, fot. Mama i Tata Johanki