Strona główna Felieton na dziś Klimaty z PRL Codzienne życie w PRL subiektywnie_ Okiem Johanki

Codzienne życie w PRL subiektywnie_ Okiem Johanki

0
332
387_8761

Codzienne życie w PRL subiektywnie

I oto znowu zaczęłam pisać na temat PRL, bo widzę po aktywności moich Sympatyków, że lubicie ten temat. Poruszę tu  kilka aspektów osobistych, obiecuję, że będę dalej pisała o minionej epoce, z punktu widzenia szarego obywatela.

Dzisiaj kolejny odcinek o czasach, których nasze dzieci już nie pamiętają.

387_8763

Czytanie książek zamiast komputera

Młode pokolenie zapewne się żachnie, jak można było żyć bez komputera i mediów społecznościowych, przecież obecnie dzień bez Fejsa czy Instagrama – dniem straconym.

My, z mojego rocznika “za Gierka” – chodziliśmy do biblioteki gminnej, zaręczam wam, że bez przymusu.

Nie wspomnę, ile książek przeczytałam w ten sposób (dużo). Chodziłam co tydzień do gminnej, a w szkolnej wypożyczałam lektury.

Nasza lokalna huta też miała bibliotekę hutniczą, musiałam przynieść przepustkę do huty od taty, to mnie zapisali. W latach 90-tych zlikwidowano bibliotekę hutniczą, potem jej całość przeszła na stan biblioteki technikum hutniczego.

A potem, nad czym do dziś ubolewam – technikum zamknięto, nie wiem co się stało z księgozbiorem.

Uwielbiałam przygody Pana Samochodzika, książki pana Niziurskiego, Adama Bahdaja, Krystyny Siesickiej. Młodzi z obecnego pokolenia niekiedy nie wiedzą o czym piszę…

Potem “moje” były kryminały Agathy Christie, serie Arthura Conan Doyle’a (Sherlock Holmes) czy Juliusza Verne. Czytało się do nocy, a jak rodzice gonili spać, to czytaliśmy z latarką pod kołdrą. W ten sposób dorobiłam się wady wzroku, ale nie żałuję, bo przeczytałam wiele książek.

387_8762

 Zdjęcia – aparat analogowy, na rolki filmowe…

My nie robiliśmy dużo zdjęć, miałam zwykły aparat na klisze, mało tego, wymagał ręcznego ustawiania przysłony, czasu naświetlania błony na filmie, włożonym do aparatu.

Film miał 36 klatek = zdjęć, nieraz zrobiliśmy na dwu tygodniowych wczasach dwa. Niemożliwe? Ależ tak!

A ile się trzeba było nakombinować, aby utrwalić tylko te najważniejsze wydarzenia czy obiekty!

Ja umiałam wywoływać zdjęcia, razem z tatą siedzieliśmy w łazience na taboretach. Wykręcaliśmy żarówkę, by nikt nam nie prześwietlił przez przypadek klisz i zamykaliśmy drzwi na zasuwkę, by nikt wchodząc nie wpuścił światła.

Umiałam w wieku 10 lat wywoływać rolki filmów czarno-białych, umiałam wyjmować film z aparatu, potem dawać do takiego ebonitowego pojemnika z dziurką na wlanie wywoływacza, trzeba było znać odpowiednie proporcje.

387_8760

Po chemikalia do zdjęć jeździliśmy na motorze KOBUZ do Gliwic.

Mieszkam na prowincji, tu nie było sklepu tego typu.

Jak weszły filmy kolorowe, nasze wywoływanie domowe się skończyło, bo to było za drogie.

Mieliśmy w domu: rzutnik, dwie kuwety porcelanowe na wywoływacz i utrwalacz, suszarkę do zdjęć, którą tata sam zrobił, na nią kładło się takie płyty chromowane.

Na takiej płytce kładło się mokre, już wywołane zdjęcia, obrazkiem do dołu, walcowane były specjalnym wałkiem, by wycisnąć ewentualne powietrze. Suszarkę się uruchamiało, a była na prąd, wykonana z blach, a w środku miała dużą spiralę. Wyglądało to jak olbrzymi prodiż, ale miało od góry blachę, która się od tej spirali też nagrzewała.

Płytę chromową kładło się na tę rozgrzaną powierzchnię – a potem zdjęcia same odskakiwały. Nadmiar białych pasków otaczających kadr fotografii odkrajaliśmy specjalną gilotyną do obcinania zdjęć, mieliśmy jedną, która robiła artystyczne ząbki.

Dzięki naszej rodzinnej działalności fotograficznej mam masę zdjęć z dzieciństwa, które też wam prezentuję.

To ma walor nie tylko sentymentalny, ale i artystyczny!

I jak Wam się podobały wspomnienia?

Johanka

Wszystkie fotografia wykonałam ja sama/ made by Johanka