Dzięki uprzejmości koleżanki, pani Barbary poznacie jej cudowne wspomnienia. Ta opowieść bardzo mi się spodobała. Mówi o czasach, których już nie ma. Pozwoliłam sobie na ich zredagowanie na potrzeby strony.
Wakacje na wsi _ Barbara wspomina…
Moja babcia mieszkała w jednej z małych wsi w województwie częstochowskim na Jurze Krakowsko Częstochowskiej. Była to biedna wieś, głównie rolnicza.
Wielu mieszkańców miało niewielkie skrawki ziemi, małe poletka, które ledwo wystarczały na utrzymanie 1 krówki czy konia. O traktorze nie było mowy, nie ten poziom.
Część ludności dojeżdżała do Częstochowy za pracą, większość do Huty Częstochowa, garść szczęśliwców miała pracę jako urzędnicy na poczcie, banku spółdzielczym, szkole. Było tu też biuro agronoma. Istniała wtedy gospoda, gdzie panie miały zatrudnienie, ale obecnie nie istnieje, jest tam sklep ze środkami czystości ; nie istnieje też księgarnia, w jej miejsce jest sklep motoryzacyjny.
W sąsiedniej wsi działało Kółko Rolnicze, w którym pracę znalazło kilku mieszkańców tej wsi.

Podróże małe i duże
Tam właśnie , do tego malowniczego miejsca, jeździłam z mamą autobusem PKS, tzw. ogórkiem. By tu dojechać, najpierw trzeba było dojechać do Częstochowy, a potem drugim autobusem na miejsce.
Wysiadało się na małym ryneczku, z przystankiem PKS, a małą pocztą w „pożydowskim budownictwie”. Wielu było Żydów przed wojną w tej wsi, gdzie żyli i mieszkali zgodnie z Polakami.
Zaraz koło rynku był kościół i sklep GS, a nawet siermiężny CPN z dwoma dystrybutorami.
Znałam te okolice na wylot, jeździłam po okolicy na rowerze dziadka, starej „Ukrainie”.
Babcia i dziadek mieszkali w takim przysiółku, który potem wchłonęła reszta wsi.
Niedaleko domu była droga na Kielce, wiodąca mocno pod górę w kierunku Kielc, a jak się chciało do centrum wsi na rynek jechać, to wiodła mocno w dół. I tu pojawiam się ja – na starym rowerze typu Ukraina, pędziłam na złamanie karku, bez kasku (kiedyś nikt nie pomyślał o tym). To uczucie niezwykłej wolności i swobody w czasie jazdy i ten wiatr we włosach…
Aut było mało, w latach siedemdziesiątych/osiemdziesiątych w tych okolicach, mało kto miał auto. Ciągników prawie nie było, zdarzały się wozy z konikiem.

Inwentarz i podwórko
Babcia miała jedną krówkę, którą własnoręcznie doiła do wiadereczka. Dawała mi przecedzone przez gazę mleko.
Dziadek miał jednego konika w małej stajni, dbał o niego strasznie, mnie nie wolno było wchodzić do stajni, by koń nie kopnął.
Patrzyłam z daleka, jak dziadek przygotowuje „śrutę” i krojąc na drobne słomę takim urządzeniem z nożem okrągłym, z rączką, o niezwykle ostrych nożach. Miałam zabronione się zbliżać – BHP przede wszystkim.
Karmiłam kurki, bo babcia miała kilka, ale nie pozwolono mi zbierać jajek, bo miałam kłopot z ich doniesieniem w całości.

Podwórko
Podwórko babci było podzielone na dwie części. Wspomniana obora była dobudowana do domu, była drewniana – obecnie nie istnieje, jest tam kotłownia.
Dom wybudowany z kamienia, został ocieplony i otynkowany.
Stała też osobno stodoła z zbożem i siankiem , gdzie nieraz wchodziłam po drabinie i siedząc z nogami przerzuconymi przez ostatni, górny szczebel drabiny i czytałam książki i zupełnie się nie nudziłam!
Nadmieniam, że dziadkowie nie mieli telewizora, dopiero w latach 80 tych rodzice podarowali im stary radziecki odbiornik, gdzie moja babcia oglądała seriale, np. Niewolnica Isaura. Pamiętacie?
Babcia brała kropelki Nerwosol i oglądała jak podły Leoncio prześladuje Isaurę i swą żonę.
C.D. Podwórko
Drugą część podwórka stanowił malutki sad, łaziły tak kury i kaczki. Była „sławojka”- budka wygódka.
W moim dzieciństwie u dziadków nie było bieżącej wody i łazienki, obecnie jest.
Wodę nosiło się w wiadrach od sąsiada Ireneusza. Przechodziliśmy do niego drewnianą furtką w płocie, umieszczoną tej części płotu w omawianym sadku.
Kuchnia letnia
W innej części tego podwórka, były klatki z królikami, gdzie wujek hodował je na mięso.

Stała też drewniana letnia kuchnia, gdzie babcia latem gotowała. Pamiętam obraz święty w tej kuchni, „wielgalachny” na pół ściany.
Na podwórku stały krzaki porzeczek i agrestu. Z zerwanych owoców gotowaliśmy kompoty w tej kuchni letniej.
Atrakcje na wsi
Jedną z takich atrakcji była przejażdżka wozem drabiniastym zaprzęgniętym w konia.
Grabiłam sianko na małym poletku, na drugim pomagałam przy żniwach, pomagałam jak mogłam, a dziadek mówił, że gospodyni się szykuje ze mnie, a ja byłam „wniebowzięta”. Miałam odciski na rękach, bo nie byłam nauczona do grabienia, ale to było cudowne.
Piesek Misiu
Kocham pieski, a z Misiem „rozmawiałam” większość czasu jaki tam spędziłam. Głaskałam go i dogadzałam smakołykami. Misio był bardzo szczęśliwy. Był to czarny kundelek sięgający nieco nad kolano.
Zapewne był szczęśliwszy, jak pojechałam do domu, bo miał święty spokój.
Dla mnie dziadek brał pieska z budy do domu i karmiąc go przysmakami, kazał mu „tańczyć”. Misiu stawał na dwój łapach i skakał . Za to dostawał kiełbaskę i inne przysmaki. Był szczęśliwy, a ja chyba bardziej.
Rodzice niestety nie pozwalali mi mieć psa w dzieciństwie, dlatego Misio był dla mnie ” siódmym cudem świata”.
Lubiłam też koty, które były nasz i nie nasze, żebrały o jedzenie. Babcia dawała im mleko w kilka misek.
To nie jest dom babci, ale wklejam dla klimatu.
Lokalny sklep
Asortyment był inny niż w naszym mieście. Chleby miały średnicę 45 cm, jak się „kromkę ukroiło, to wychodziło z niej kilka części. Chleb był ciężki jak diabli, dla mnie jako dziecka, było kłopotem go przynieść do domu.
Siatkę typu „żyłka”- dawałam na kierownicę wspomnianego roweru marki Ukraina i szłam pieszo do domu, bo chleb był naprawdę ciężki.
Do tego chleba było domowe masło, mleko, ser, jaki babcia robiła.
Babcia nie miała lodówki! Wyobrażacie sobie? Kiełbaskę smażyła i przechowywała w smalcu.

Sklep u prywaciarza
W innym sklepie była oranżada w woreczkach, żółta i czerwona, prażynki ziemniaczane, który u nas nie było w ofercie handlowej. Tego smaku nie zapomnę do dzisiaj.
Obiady domowe
Babcia miała piec taki kaflowy do wypieków i z drugiej strony płyty do gotowania, żeliwne.
Dla mnie gotowała rosołki z domowego drobiu, przeważnie z kogucików. Miały takie brązowe mięso. Nie spotkałam jeszcze takich nigdzie, pamiętam to tylko z dzieciństwa.
Babcia jak były żniwa dostawała „wałówkę ” z gminy, między innymi PAPRYKARZ SZCZECIŃSKI, rarytas, w czasach, kiedy w sklepie nie było nic. To było limitowane, na nazwisko. Wtedy jak nie było czasu gotować, gotowała tylko makaron, a zalewała kompotem owocowym , truskawkowym lub agrestowym, ten ostatni mi nie smakował, ale nie marudziłam, jadłam.

Koledzy zza płotu
W wolnych chwilach kolegowałam się z miejscowymi dziećmi, bawiliśmy się w sklep czy inne, popularne wtedy zabawy, za walutę służyły liście.
Nigdy nie zapomnę sielskości i beztroski tamtego czasu.
Z rozrzewnieniem wspominam też dziadka, który zmarł młodo, w wieku zaledwie 54 lat.
Barbara
Na potrzeby strony opracowała Johanka
Wszystkie zdjęcia zrobiłam sama.









