Strona główna Felieton na dziś Klimaty z PRL „Z kuferka wspomnień Marianny” Cz.3 _Wakacje w PRL, choroba w rodzinie_zredagowała...

„Z kuferka wspomnień Marianny” Cz.3 _Wakacje w PRL, choroba w rodzinie_zredagowała Johanka

0
288

Moi Kochani, otrzymałam od Przyjaciółki Marianny kilka opowiadań , wspomnień z PRL, z dawnych lat – tak mnie zaciekawiły, że postanowiłam za jej zgodą je zamieścić na mojej stronie. Tekst poddałam zredagowaniu na potrzeby tej strony. 

Wakacje w PRL

Od 1985 roku wyjeżdżaliśmy też niemal każdego roku na wczasy do Ustronia, gdzie z zakładu pracy męża były domki campingowe. Jakaż to była radość – nie do opisania.

W maluchu trójka dzieci, a  na dachu bagażnika, ziemniaki, konserwy, słoiki z bigosem i innymi zapasami.

Na campingu była maleńka  kuchenka elektryczna, ale dodatkowo mąż  zabierał zawsze małą  butlę z gazem i palnik, dlatego mogliśmy gotować nawet po dwa dania.

Mimo tego najczęściej nie  zdążyłam pozmywać po obiedzie, bo  wszystkim tak apetyt w górach dopisywał, że domagali się ciągle jedzenia.

Raz dziennie pozwalaliśmy sobie na skromny deser w kawiarni ,,Delicje” .

Mimo wczasów uczestniczyłam na co dzień w porannej mszy św. Było za co dziękować, bo przecież dzieci były zdrowe, my również.

Wczesnym rankiem biegłam niespełna dwa kilometry w jedną stronę do kościoła, a w drodze powrotnej wstępowałam po pieczywo.

Kiedyś mąż się wygadał przed znajomą z pracy, że po powrocie z kościoła wstępuję po  świeże pieczywo. Kobieta aż się za głowę złapała, co to za wczasy, aby rano biec do kościoła.

Mijały lata, a wraz z nimi kłopoty, jak w każdym domu. Narastały  problemy z wyborem szkół dla dzieci, potem przeżycia z dorastającą młodzieżą itd.

Jednym słowem całe życie miałam pod górę. 

Przez wiele lat pracowałam w sklepie,  ale w połowie 1994 roku musiałam zaryzykować, podobnie,  jak wielu innych w naszym kraju i przemysłowy  sklep wziąć w dzierżawę, albo szukać pracy.

Mąż był na rencie inwalidzkiej, więc nie mogłam zostać bez pracy.

To były trudne lata i nikt kto nie miał własnej działalności nie zrozumie jak  trzeba  się   głowić, aby  jakoś utrzymać źródło skromnego dochodu.

Jakby mało było tych problemów nagle ojciec zmarł na zawał, a zaledwie  dwa lata później  matka ciężko zachorowała ( guz trzustki).

Sama nie wiem jak zdołałam to wszystko przeżyć. Prowadziłam już wtedy swój sklep i dojeżdżałam  niespełna 30 km do rodzinnego domu, aby zająć się matką.

Pewnego dnia matka  zapragnęła wody źródlanej i kompotu z borówek leśnych. Przypomniała sobie z lat młodości o pewnym cudownym  źródełku oddalonym kilka kilometrów od jej domu.

Na początku nawet nie myślałam, aby szukać jakiegoś źródła, bo skupiałam się na poszukiwaniu leśnych borówek. Niestety wtedy trudno było zdobyć taki owoc, ale nie poddawałam i przez kolejne dni rozpytywałam wśród klientek.

Miałam szczęście, bo jednej z nich ktoś z rodziny przyniósł maleńki słoiczek borówek, więc  chętnie mi go odstąpiła. Byłam  kobiecie ogromnie  wdzięczna.

Potem pozostało zdobyć wodę ze źródełka. Siostra matki poradziła kupić butelkę niegazowanej wody, ale  nie miałam sumienia, aby tak postąpić.

Zaczęłam się zastanawiać nad odszukaniem tego źródła.

To był koniec listopada na dworze po piętnastej powoli  już szarzało. Nagle w drodze do matki nawet nie wiem, kiedy  kierunkowskaz włączyłam w przeciwną stronę.

Dojechałam do wioski i spytałam młodą kobietę o źródełko, ale kobieta nie była tutejsza, wskazała dom starszej pani. Musiałam opowiedzieć o co chodzi, potem wysłuchać o cudach jakie miały miejsce w  powojennych latach, a dopiero potem wskazała drogę do domu pod lasem, gdzie miałam uzyskać resztę informacji.

Tam znów musiałam opowiedzieć o życzeniu ciężko chorej matki i prosić o jakieś naczynie, bo nie przypuszczałam, że zdołałam dotrzeć do tego miejsca .

Starszy mężczyzna zabrał z domu słoik, ale uprzedził, że nie wiadomo, czy istnieje to źródło, ponieważ nikt z młodego pokolenia już nie dbał o takie sprawy. Na szczęście  w lesie wśród chaszczy istniało maleńkie  źródełko.

Było już po 17.00, kiedy ruszyłam podekscytowana w drogę powrotną.

Nagle mnie olśniło, jak  ciemno na dworze, a zaledwie kilka minut wcześniej w lesie była taka jasność jakby ktoś nam lampą przyświecał. To był cud.

Kto tego nie doświadczy nie uwierzy. Uradowana w końcu dojechałam do domu, a kiedy podałam matce wodę potwierdziła, że to naprawdę woda z tego źródełka.

Poczułam dreszcze na całym ciele. Dobrze, że nie posłuchałam cioci, bo miałabym naprawdę wyrzuty sumienia. Pięć dni później matka zmarła…

Koniec części 3.